Rozwodze sie wlasnie z mezem, mam 2-letniego syneczka. Z natury jestem dosc silna i optymistycznie nastawiona do rzeczywistosci, ale obecnie wiele mi do wlasnego spokoju brakuje.
Znalazlam jedna osobe, ktora jakims cudem w czasie ekspresowym stala mi sie wyjatkowo bliska. Rozkochala mnie chyba czysto chemicznie, bo zanim jeszcze pierwszy raz zamienilam z Nim slowo. Osoba ta, na samym poczatku znajomosci ostrzegla mnie jednak, ze cierpi na problemy depresyjne.
Teraz ogolnie nie jest zle, tzn M jest ogolnie samowystarczalny, robi doktorat i ogolnie jakos leci. Wiecznie jest jednak zmeczony, nie moze spac, nie ma za wiele do siebie szacunku i we wszystkich testach jakie robie w Jego imieniu wychodzi ze powinien sie znalezc w gabinecie lekarskim juz kilka lat temu.
Uprzedzil mnie, ze bywa gorzej. Ze czasem lezy i patrzy sie miesiacami w sufit.
I wlasnie tu moj dylemat: M jest cudownym mezczyzna, wspanialym przyjacielem. Jednak rownoczesnie wymaga mnostwo cierpliwosci, zrozumienia. Ja mam dziecko. Jestem samotna matka, musze byc matka i ojcem na raz.
Wiec, czy powinnam sie angazowac? Przepraszam za glupie pytania, ale ja nie mam zadnego doswiadczenia w kwestii depresji. Boje sie, ze moja Dzidzia ucierpi na mojej znajomosci z M. Jednoczesnie, jestem pelna nadziei do tego zwiazku.
Mam nadzieje, ze uda mi sie przekonac Go do wizyty u lekarza. A jak nie, to ze sama skoncze jakies studia psychologiczne i urzadze Mu spotkanie ;) Mam mnostwo sily zeby walczyc o Niego, ale czy to do czegos prowadzi? Czy jestem w stanie tak na prawde pomoc wchodzac do Jego zycia teraz, kiedy jest w stadium tzw umiarkowanym wychodzac z wolna z ciezkiego? Czy On moze byc niebezpieczny dla Dzidzi?
Pomozcie, wskazcie droge. Co mam zrobic? Jak pomoc? i czy pomoc? Da sie?
Ja



