Witam !
Miałam zerwane więzadło poboczne piszczelowe i maksymalnie naderwane więzadło przednie krzyżowe. Na początku 2008 roku miałam artroskopię i wyjęty kawałek łąkotki .
Ostatnio lekarz stwierdził, że mogę ze spokojem wrócić do roweru, bo więzadło piszczelowe się zrosło a w krzyżowym stopień niestabilności jest niewielki .Stwierdził też, ze nie ma juz podstaw do rekonstrukcji i że wszystko jest oki .
I w miare oki było...
Do czasu gdy poszłam na rower ..
Przerzutki miałam ustawione tak żeby nie mieć za dużego oporu przy pedałowaniu, jechałam "równomiernie" i po 10 minutach kolano już było jakieś dziwne, pobolewało coś w nim przeskakiwało, gdy z siadłam z roweru wcale nie czułam nogi była "miękka" w porównaniu do zdrowej nogi . Wróciłam do domu "prowadząc" rower, bo jechać juz bym rady nie dała. Teraz własnie od tamtego wyjścia ciągle jak by mi coś przeskakiwało, pulsowało ... No i podczas chodzenia trochę boli.
Powinnam zgłosić się do innego lekarza i rozważyć ponownie sprawę rekonstrukcji, czy po prostu takie już moje kalectwo i nie będę sportami cieszyć się do końca życia ?




