witam
po tym jak miałam "napad" duszności w czerwcu i po pobycie w szpitalu dowiedziałam się że mam nerwicę wegetatywną, polecono mi terapię u psychologa (na którą nigdy nie pójdę) i hydroxyzyne której nie biorę... Duszności czasami ciągle mam, już przyzwyczaiłam się do tego że moje oddechy to tylko westchnienia i ziewanie, beznadziejnie się przez to czuję np. w sklepie kiedy muszę sobie tak "ziewnąć" i wszyscy się dziwnie patrzą... Ale to jeszcze nie jest najgorsze. Najgorsze jest takie uczucie jakbym umarła, mam je ZAWSZE jak zasypiam, po prostu niby zamykam oczy, trochę przysypiam i budzę się z właśnie takim uczuciem. Poza tym zawsze jak zasypiam po prostu zapominam oddychać. To jest juz w ogóle jakiś odjazd. Nie wiem skąd to się bierze. Ale wszystko byłoby ok gdyby nie to że unikam teraz snu jak ognia... Po prostu boję się położyć spać, bo mam wrażenie że już nie wstanę. Co mam z tym zrobić? Może po prostu mam przestać spać?! Pomocy, bo lekarze bagatelizują takie rzeczy, tak samo jak inne objawy np. kłucie w klatce, drętwienie nóg, skurcze które trwają 2 dni, no i te duszności... Często mam też tak że krzyczę na wszystkich dookoła bez przyczyny, później płaczę kilka godzin i wpycham w siebie słodycze w nocy... Naprawdę odechciewa mi się żyć kiedy sobie rano myślę że czeka mnie kolejny dzień mojego wzdychania, ziewania i męczenia się po przejściu 100 metrów (a wcześniej uprawiałam bardzo dużo sportu, teraz to niemożliwe bo po lekkim wysiłku, nawet jeździe na rowerze mam uczucie że się zaraz uduszę - czasami się zastanawiam czym sobie na to zasłużyłam, bo sport zawsze mnie uspokajał :()... Najciekawsze jest to że teraz mimo tego że stres ciągle jest w moim życiu to staram się nie denerwować itp, może ta nerwica nigdy mi nie przejdzie? A może są jakieś inne sposoby żeby pokonać ją i uczucie umierania niż leki i psycholog? dodam ze w grudniu kończę 17 lat...




