Jestem podobnego zdania. Sama choruję na schizofrenie paranoidalna i wiem, że jestem bardzo ale to bardzo wrazliwą(zwłaszcza na cierpienie ludzi) osobą. Ten świat okazał się szybszy i sprytniejszy ode mnie, ale której najważniejsze wartości to dobro ludzkie i zgoda. Nie wiem czy moja choroba wniosła coś do mojej rodziny, może trochę wiedzy"doświadczalnej" na jej temat, ale darem siebie nie nazywam chociaz dla mnie ta choroba jest w pewnym sensie darem, bo uczy mnie nowego, innego niz dotychczas , bo wrażliwszego jeszcze bardziej na cierpienie ludzi chorujących psychicznie, życia. Życzę Wam, abyście nigdy na nia nie zachorowali bo to jednak krzyz Pański na ładnych kilka lat jak nie na całe życie...Pozdrawiam
Choruję na schizofrenie paranoidalną od wielu lat biorę zeldox na noc i jest ok.Jak zachorowałam to pracowałam w szkole jako glowna ksiegowa ,caly swiat zawalil mi się na głowę.Mialam wtedy jeszcze male dzieci w wieku 9 i 5 lat.W rodzinie mam oparcie a w szczegolnosci w mężu.On chodzil na spotkania rodzin gdzie doktor tlumaczyl jak nalezy postepowac z chorą osobą.Na początku wszyscy w domu mi pomagali nawet w ugotowaniu obiadu,a teraz juz nie muszą sama sobie radze.Nawet ostatnio pit do urzedu skarbowego sama rozliczyłam.Oczywiscie nie pracuje juz jako ksiegowa bo jestem na rencie.A na dodatek mam cukrzycę i schudłam 13 kg.Na cukrzycę biorę leki i jest pod kontrolą.Pozdrawiam
Od jakiegoś czasu zaczęłam podejrzewać, że moja matka z którą mieszkam choruje właśnie na schizofrenie paranoidalną. Czuje się śledzona, słyszy odgłosy w łazience, jakiegoś wołania dobiegające z rur, których nikt inny poza nią nie słyszy. Czuje się jakby ktoś ją prześladował, jest przez to w stanie ciągłego podenerwowania. Wszystko co się wokoło niej dzieje, odnosi do siebie, nie ważne czy jest to jakiś gest wykonany w trakcie rozmowy, czy jest to na przykład narysowany przez dzieci kredą na ulicy rysunek w postaci trzech trójkątów. Wszystkie rzeczy jakie dzieją się dookoła niej, wg niej samej są wymierzone przeciwko jej osobie. Słyszy piosenkę w radio i również jej fragmenty utożsamia ze sobą, z tym co kiedyś jej się przytrafiło i uważa że dany piosenkarz śpiewa właśnie o niej. Nie jest to mania wielkości, nie, jest to coś bardziej jak uważanie że jest się prześladowanym. Mieszkam z nią sama, rodzice rozwiedli się około 7 lat temu. Od tego czasu jej stan uległ ogromnemu pogorszeniu. Co jakiś czas jestem jej najgorszym wrogiem, który robi wszystko przeciwko niej. Jej matka, a moja babcia już w ogóle nie jest przez nią postrzegana jako matka. I również jest jej największym wrogiem. Ostatnio do tego wszystkiego dołączyła się obawa o swoje życie. I o moje również. Już nie jest agresywna, kiedyś była, ale chyba zrozumiała, że to co się dzieje nie jest takie jakie powinno być. Jej lekarz (nie psychiatra, normalny lekarz pierwszego kontaktu) zmienił jej leki. Wtedy jej agresja się przytłumiła do pewnego stopnia. Przynajmniej ta stosowana wobec mnie (swoją drogą nikt by nie uwierzył,że byłaby w stanie zrobić drugiej osobie krzywdę fizyczną, jest drobna, niewysoka i bardzo bardzo szczupła, ale w trakcie furii miała taki przypływ sił, że nie mogłam jej od siebie nawet odepchnąć). W tym wszystkim nie ma na szczęście zapędów do autodestrukcji. Ale to wszystko co się dzieje z nią, wiem, że bardzo ją wyniszcza, żyje w swoim własnym świecie, jej nerwy są już praktycznie wyniszczone (o swoich nie wspominam). Chciałabym jej pomóc. Ale naprawdę nie wiem w jaki sposób. Nie ma możliwości by sama poszła do psychiatry. Uważa, że jest zdrowa i że nic jej nie jest. A ja nie chce od niej uciekać tak jak zrobił to ojciec bo jeżeli zostanie sama nie wiem naprawdę jak potoczy się jej życie. Sama mam już 25 lat i myślę o tym by w końcu założyć również swoją rodzinę, ale najpierw muszę w jakiś sposób pomóc jej. Jeżeli ktoś ma jakieś rady, jak zacząć proces jej leczenia, gdzie zgłosić, jakie procedury należy przejść, byłabym naprawdę wdzięczna.
Przy schizofenii trzeba udać się do psychiatry,trzeba ją przekonać żeby sama poszła albo wezwać lekarza do domu.Przy tej chorobie wazne jest żeby brać leki.Na początku trzeba taką osobę pilnować potem sama będzie brała leki.Podczas wizyty u psychiatry trzeba mowic jak chory zachowuje się po lekach wtedy lekarz ustawi dobre leki.Z chorym czlowiekiem trzeba postępować spokojnie i łagodnie.Najwazniejsze w schizofrenii jest rownież wsparcie rodziny.W Poradni Psychiatrycznej są grupy wsparcia dla rodzin.Moj mąż chodził na takie spotkania i tam doktor mowił jak postepować z chorą osobą.W przychodni powinien być psycholog ,ktory pomaga choremu i jego rodzinie.Pozdrawiam
Moja malozonka od kilkudziesieciu lat choruje na te corobe i przy kazdym nawrocie choroby mam gechenne w domu. Bywalo porzucanie dzieci, bywaly sprowadzanie "obroncow" wykorzystujacych ja w rozny sposob podczas mojej nieobecnosci, bywaly w ruchu noze i inne przedmioty. Kiedys, jeszcze podczas poprzedniej ustawy zalozylem sprawe sadowa o przymuszenie do leczenia. Oczywiscie uzyskalem to orzeczenie. Zona sila zostala zabrana do szpitala jako osoba zagrazajaca otoczeniu. Po kilkutygodniowym pobycie w szpitalu brala leki przez kilka lat no i poczula sie tak dobrze ze zrezygnowala z ich przyjmowania. Taka sytuacja powtarzala sie kilkakrotnie tzn przerwa w braniu lekow, awantury w domu i w pracy i ponowny pobyt w szpitalu. Oczywiscie nie bylo jakiejkolwiek mowy o tym aby zmusic ja do brania lekow i wizyt u lekarza jezeli uznala ze juz jest zdrowa. Rzeczywiscie ostatnie 5 lat mimo nie brania lekow bylo dobrze i to byly nasze najszczesliwsze lata pozycia mimo ze jestesmy ze soba 40 lat. Co pewien czas nalegalem na wizyty u lekarza i branie lekow, ale na nic to sie zdaje. Od kilkunastu dni zauwazylem ze zona zachowuje sie dziwnie tzn zaczynaja sie bezsenne noce i ciagle na obrotach tak jakby jej organizm nie potrzebowal odpoczynku. Jest rozkojarzona i bardzo roztargniona. Zaczyna byc agresywna. Zal mi patrzec na to co sie z nia dzieje i sam jestem juz bezradny, bo teraz nie ma zadnych instrumentow przymusy leczenia tej choroby. Mamy po 60 lat i przyznam sie ze mam juz dosyc tej walki z wiatrakami. Sam tez jestem chory na serce i mam astme i czasami tez potrzebuje pomocy. Gdyby brala leki to wszystko byloby dobrze, ale im wiecej nagabuje ja na wizyte u lekarza tym bardziej agresywnie reaguje. Kocham zone, ale sam tej walki nie mam sily juz prowadzic.Na leczenie potrzebna jest jej zgoda i do chwili gdy komus nie zrobi krzywdy to wszyscy sa bezradni. Co to za prawo, kture wymaga zgody od osoby chorej, nieswiadomej swojej choroby, ze swoja choroba czyni krzywde i sobie i innym? Takie prawo jest ZLYM prawem. Chce ratowac zone, ale nie mam ani instrumentow ani sily.
Czy ludzie chorujący na schizofrenie paranoidalną mogą np zabić drugiego człowieka?Mam znajomego,który popada często w konflikt z prawem.Siedział w zakładzie karnym,obecnie jest bezdomny .Chciałam mu pomóc wiec załatwiłam mu prace ale wtedy jeszcze nie wiedziałam ,że choruje.Obawiam się teraz czy nie zrobi komuś krzywdy.Poinformowałam jego pracodawce o wszystkim ale zachowuje się w miarę normalne więc jeszcze pracuje i wynajął sobie pokój.Czy można takiego delikwenta gdzieś zgłosić na leczenie?
Mam 28 lat. KIlka lat temu miałam ostre objawy choroby, to było straszne, nawet przestałam mówic, ale nie poddawałam sie mimo swoich problemów. Było tak jakbym zaczeła sie uczyc wszytskiego no nowo. Miałam zaburzenia maniakalne- silne, dziwne wyobrazenia które zmuszały mnie do aktywnosci, pracowałam mimo swojej choroby. W tej chwili najwiekszym moim problemem jest prosta zwyczajna rozmowa. Czytałam ze choroba atakuje cała osobowosc i tak sie stało w moim przypadku jestem zupełnie inna osoba. Kiedys byłam wygadana, miałam dobry zart, wszytsko umiałam załatwic a w tej chwili nic nie przychodzi mi do głowy. Trudno nawiazac mi z kims blizsza znajomosc a jezeli juz tak sie stanie trace te osoby. Troche mi to doskwiera, chciałabym sobie podyskutowac pozartowac sobie ale nie potrafie. Chciałabym porozmawiac z kims takim jak ja.Z kims kto ma podobne problemy. I mam pytanie, czy z tego sie wychodzi czy to mija??Watpie
Cześć Maju. Doskonale rozumiem Twoje poczucie bezsilności wobec choroby, wobec emocji i stanów "duszy" które to, zdaja się być poza wszelką kontrolą - a przysparzają Ci tak wiele cierpienia. Fakt, że inni nie rozumieją Twojego bólu potęguje go jeszcze bardziej. Maju pytasz: "czy z tego sie wychodzi czy to mija?? " - po czym mówisz: "Wątpię". Ale to - wątpię - pragnie usłyszeć: tak jest to możliwe, jest nadzieja, jutro będzie lepiej - i nie przyjmuj tych słów jako patetyczne. Droga Maju uwierz - JEST możliwe, że WYZDROWIEJESZ! Walcz i nie poddawaj się ! Módl i płacz jak będzie ciężko ponad miarę.Życzę Ci, abyś znalazła kogoś - kto ukoi Twoją samotność i będzie Cię wspierał, pomagał niezależnie od okoliczności, kochał bezwarunkowo...kogoś - kto nigdy się nie zniechęci, pomimo zniechęcenia...i zawsze przytuli.
Dziękuje za te piękne słowa. Zyczyłabym sobie samej tego aby ktos taki w moim zyciu sie znalazł:)Chwilowo nie wiem co powiedzieć, nie chce ciagle wracac do tego ze jest żle ze czuje sie tak czy siak. Jedno jest pewne trzeba walczyc. Za duzo wracam do przeszłości, do tego jak było dobrze i fajnie , troche obwiniam sie za to co sie stało ale wiem ze to akurat juz nic nie zmieni. Zreszta to długa historia. Ciesze sie ze są takie osoby jak Ty...:) nie wiem jak masz na imie, które potrafia wesprzec i pokrzepić, dać nadzieje kiedy juz sie mysli ze jej nie ma. Zyje i funkcjonuje normalnie ale czuje sie ograniczona, ograniczona intelektualnie. Rozmawiałam z doktorem na ten temat twierdzi ze jest to wynik moich przezyc,to ze mam zanizona samoocenę i brakuje mi pewnosci siebie ze moze to byc tez spowodowane brakiem trningu interpersonalnego. Ech...chciałabym zeby to było tylko to a moze az to, moze to jest ta wielka blokada.Ale tak jak mówisz trzeba sie z tym zmierzyc i sie nie poddawac.Czasami mam takie mysli ze nie chce mi sie juz tak zyc...smutne , jednak tak mysle- czasami. Naprawde nie jest to miłe kiedy znajdujesz sie w zwykłych sytuacjach i nie wiesz co powiedziec jak sie zachowac. Chciałabym byc inna ale jest cos ponad mna nad czym niestety nie mam wiekszej władzy, a szkoda juz bym miała broblem z głowy. Mam nadzieje ze sie jeszcze odezwiesz dziekuje za odpowiedz na post i pozdrawiam.
Wyobrazam sobie jaka to jest paplanina w oczach zdrowego człowieka, zreszta tez wiem jak pisze i co pisze ale niestety czasami trzeba to powiedziec. Brakuje mi słow, zreszta tego jest tyle. Wiem tyle ze brakuje i dawnej siebie i chciałabym zeby zdarzył sie cud i cos sie zmieniło w moim zyciu. Poprawa i tak nastapiła znaczna, jestem Bogu za to wdzieczna ale to jest nieustajaca praca nad sobą biorąc pod uwage stan w jakim byłam. I naprawde nie jest to proste i mozna poczuc sie zmeczonym. W tej chili jestem na takim etapie ze wydaje mi sie ze lepiej nie bedzie, choc na pewno jest pod mniejszą górkę, porównujac zstan poprzedni to z górki jednak ja jednak nie jestem pocieszona tym "wynikiem"... Chciałabym wrócic do dawnej sprawnosci. Ale czy to jest mozliwe...wiem ze to beznadziejnie brzmi ale doscignac taka błyskawice jaka byłam to wydaje mi sie nierealne. Tak mozna sie zmienic, takie mozna miec problemy, ja osoba wykształcona popełniłam taki bład w zyciu który na całym zawazył a sa to narkotyki wiec przestrzegam wszytskich którzy je biorą, uzależniaja sie mysla a własciwie nie mysla co sie moze dalej stac. Naprawde trudno jest sie do tego przyznac, ja sie tego wstydze ale tak było a teraz mam takie problemy, moze gdybym kiedys przeczytała o tym zastanowiłabym sie nad tym co robie, zreszta uczyłam sie o tym i tez mnie to nie pohamowało. Głupota jest cieżką chorobą...Tak i nie jest to narzyzm byłam inteligentna błyskotliwa osobą, pieknie mówiłam i pieknie pisałam a teraz mam z tym wszytskim problem. Kochałam sie uczyc, lubiłam pisac styl,wszytko byłam zawsze dobra uczennica, szkoła była dla mnie priorytetowa ale wpadłam w gówno, w złe towarzystwo i teraz mam. Sama jestem sobie winna.
Cześć Maju. Jestem ostatnią osobą, która mogła by Ci prawić kazania - bowiem piszesz, że zażywałaś narkotyki; wpadłaś w złe towarzystwo; i ze swojej winy ponosisz teraz twgo konsekwencje - ale musisz wiedzieć, iż każdy z nas popełnił w swoim życiu jakieś "BŁĘDY' i teraz tego żałuje. Wiesz...nie ma ludzi doskonałych ( co nie znaczy, że nie powinniśmy stawać się coraz lepszymi ) i powinnaś sobie "wyrzucić" przeszłość, by nigdy się nie powtórzyła, ale nie wolno Ci do niej cały czas wracać i oglądać się za siebie, bo to nie pozwala iść naprzód i oderwać się od "Tej", którą Byłaś. Słowem rozpamiętywanie nic nie da - tylko zaszkodzi. Nie rezygnuj i nie trać Maju wiary i w Tobie jest wiele dobra i piękna - mam nadzieję, że znajdziesz kogoś kto dostrzerzeże twoją "samotność" w zmaganiach, które toczysz i obdarzy Cię miłością, a zwłaszcza zrozumieniem. Dobre słowo drugiej osoby, uśmiech, fakt - że jest przy nas, jej akceptacja...to wspaniałe lekarstwo! To takie zapominanie o sobie, skupienie się na drugim człowieku, dawanie i branie...wszystkiego co najlepsze. Kurcze - znowu - dziwnie się wyrażam, a nie chcę by brzmiało to niczym ze sloganów reklamowych. Maju...zwyczajnie...Pozwól sobie by kochać i nie zamykaj się na uczucia innych. Nie jesteś "gorsza" od "TEJ" samej siebie, którą byłaś kiedy przyszło życiowe zagubienie - tylko lepsza, bo walczysz o siebie i zrozumiałaś co było złe, i zerwałaś z tym.Pozwól sobie KOCHAĆ i KOCHAJ...wszyscy ulegamy słabościom ( ja też!!!)...wszyscy popełniamy błędy ( ja też!!!) - a TY się do tego przyznałaś. To jest odwaga i pokora z Twojej strony. Ja też żałuję: np. że nie odwzajemniałem uczuć i "zamykałem się" w sobie...Maju, życzę ci wszystkiego co najlepsze - spokojnych nocy i rozświetlonych promieniami słońca dni. Pa.
Tak wiesz, ale to jest powazny problem, problem kiedy nie mozesz sobie porozmawiac i zzywac sie z ludzmi dyskutowac, bo przez rozmowe ludzie sie ze soba integrują. Ktos cos mówi ,(ja ze tak powiem w przenossni )jestem w danym miejscu umysłu ( do czegos tam siegam)chciałabym cos powiedziec i blok, nie moge. I ja z tym musze zyc. Kompletny brak dialogu teraz troche sie nauczyłam mówie ale to nie jest to co powinno byc, , czuje płytkosc...to jest własnie feler tej choroby. I kiedy z kims rozmawiam wiem co powinno byc, cos chce powiedziec i nie moge, nie wiem co.Powiem Ci ze to jest straszne, nie chce Cie tym zanudzac i truc ..., zresztą to jest temat o którym mogłabym mówic duzo. I juz zygac mi sie chce tym stanem. A jesli chodzi o zwiazanie sie z kims to jest niemozliwe w moim stanie juz dawno z tego zrezygnowałam i uswiadomiłam sobie ze i tak nic z tego nie bedzie nie w tym stanie w którym jestem.Zreszta było kilka prób i wszyscy autentycznie ode mnie uciekają. Moze to wydac sie paradoksalne ale lepiej było w czasie choroby, jesli chodzi o mężczyzn- nie wiem jakim cudem. Teraz jestem nie wiem nawet jaka. Nie umiem tego opisac. Ale nie ma we mnie spontaniczności,radości, to co robie to są wyuczone zachowania, odpowiedzi sama nie moge na nic wpasc, to jest wegetacja. Nie wazne czy przeczytam jedna ksiazke czy sto ksiazek wydaje mi sie ze nic mi to nie daje, bywam w dobrym towarzystwie niczego mnie to nie uczy, nie nabywam, poprostu juz taka jestem, cos sie stało z moim umysłem i nie przeskocze tego. Uczuciowo jestem bardzo powsiagliwa, poprostu wiem ze nie mam szans i sie nie napalam na nic.Uwierz mi ze to nie jest chyba kwestia wiary tak juz chyba bedzie. Nie umiem odzwierciedlic pojego poczucia ale moze chociaz troche udało mi sie to przedstawic.A wogóle to rozbudzasz moja ciekawosc...czy miałes moze podobne problemy w jakim jestes wieku...Moze uda mi sie cos z Ciebie wyciagnąc?:)Pozdrawiam.
Obnazam sie tutaj ze wszytskiego, to jest wstydliwy temat dla mnie i teraz zobacz...kiedy to wszytsko mówie( zreszta dziwne ale pisze mis ie dobrze gozej z rozmową)kto by chciał sie zadawac z taka osoba jak ja. Wiem brzmi to załośnie ale zdaje sobie sprawe z tego ze moge byc dla kogos zbednym balastem a tego nie chce.