Witam,
chciałam się troche poużalać nad sobą, bo wierze w to, ze na tym forum ktoś mnie zrozumie.
Moja historia życia rodzinnego jest bardzo pokręcona. W wieku 7 lat matka wyprowadziła się ze mną od ojca. Już w wieku 7 lat uważałam to za świetne rozwiązanie sytuacji, bo ojciec jest cholerykiem, szantażuje najbliższych. Nieważne co się przy nim robi, człowiek czuje się wielki lęk. W sekundę potrafi tak zgnoić człowieka, że mało kto jest w stanie to znieść. Nie raz zdarzyło mu się uderzyć matkę. Gdy coś mu się nie uda, wystarczy jakaś drobna rzecz by wyżyć się na kimś 'bliskim'. Mój ojciec praktycznie nic o mnie nie wiem, gdyby ktoś się go zapytałam jaki jest moj ulubiony film...cokolwiek, nie ma zielonego pojęcia. Poza tym jest maminsynkiem, jego matka, czyli moja babcia, nigdy nie powie na niego złego słowa. Babcia ma 82 lata i dalej załatwia mu wszystkie sprawy związane z księgowością. Ostatnio okazało się, że ma guza piersi. Przeszła operacje usunięcia piersi, o której dowiedziałam się dopiero w dniu jej wykonaniu. Ojciec uważa że jest to prosty zabieg i wyimaginował soie, że takie rzeczy robi się w znieczuleniu miejscowym. Jest to człowiek, który eksploatuje ludzi naokoło. Ma bardzo wysoką samoocenę i fantastycznie twierdzi, że o wszystkich dba jak tylko może. W tym momencie mieszkam z matką, ojciec wysyła 700 zł alimentów, przy czym prowadzi własna firmę i miesięcznie ma jakieś 15 tys. Ojciec wywołuj u mnie wieki lęk, niepokój. Gdy tylko myślę o nim to chce mi się wymiotować. Dzieje się tak z wszystkimi ludzi, którzy przebywają z nim częściej niż raz na jakiś czas.
Moja matka natomiast była piękna kobietą i wszystko było cacy dopóki nie zachorowała na WZW b i WZW C. Jest to osoba która jest zupełnym nieudacznikiem życiowym. Ma 50 lat, dostała 60m mieszkanie od swojej matki i jedyne co potrafiła zrobić to je zmarnować, tzn zadłużyć się i wymień je na 40m w o wiele gorszej okolicy. Matka bardzo męczy mnie psychicznie. Ciągle coś dogaduje. W ogóle jej nie szanuje. Juz nie jedna awantura była poważna, łącznie z tym że poleciała szyba w drzwiach. Ona siebie kreuje na biedną owieczkę, która jest krzywdzona przeze mnie. Swoim przyjacióką opowiada jak bardzo jest jej źle. Bierze całe alimenty i przepuszcza jej. Po roku mieszkania w nowym mieszkaniu zaczyna się to samo, czyli matka nie pracuje i nie szuka pracy. Znowu nie płaci za żadne rachunki, a mnie myśl jej olewactwa dobija. Przychodzę po uczelni o godzinie 18, a ona dalej w łóżku ogląda telewizje. U niej nie jest to objaw depresji, ona zawsze chciała żyć ponad stan i była utrzymywana przez facetów. Wiadomo, teraz gdy waży 100kg nie ma na to najmniejszych szans. Ciągle mnie potępia. Siedząc cały dzień w domu nie chce się jej umyć naczyń, zrobić obiadu. Nigdy nie robi zakupów. Cały czas to mnie powtarza, że to ja NIC nie robie.
Jestem studentką dzienną Biologii, pierwszego roku i już tego nie wytrzymuje. Matka nie daje mi w ogóle pieniędzy, czyli moich alimentów. Daję korepetycje z biologii, które zajmują mi mnóstwo czasu w tygodniu. Zarabiam co prawda 800 zł/miesięcznie, ale staram sie za to płacić za mieszkanie. Jestem za młoda, aby udźwignąć taki ciężar. Ojciec mnie terroryzuje, mając tyle pieniędzy nigdy nie daje mi dodatkowego grosza, a jeśli nawet to wypomina mi to tak długo, że nigdy sama bym go o to nie poprosiła. Gdy widzę nieodebrane połączenie na telefonie, to wiem że jak do niego zadzownie to będzie wielka awantura. Strasznie się go boją. On zazwyczaj terroryzuje ludzi psychicznie mieszając ich z błotem, ale uderzyć mu się mnie, moją matkę i jego matkę zdarzyło niejednokrotnie. Czuje się osłabiona, na prawdę nie mam siły tak żyć. Przesypiam praktycznie całe dnie. Nie wypełniam swoich obowiązków. czuje się zaszczuta.Mam chore myśli, jak by tu wykończyć matkę. Teraz to oczywiście wydaje mi się śmieszne, ale jak matka przez parę godzin czepia się o wszystkie, nieprawdopodobnie się wydzieram, to zaczynam sie na prawdę bać, że mogę jej coś zrobić, albo sobie. W pewnym momencie robię się niesamowicie agresywna i tracę kontrolę nad tym co się dzieje. Na zewnątrz do ludzi jestem bardzo pozytywnie nastawiona, jestem starostka mojej grupy. Na zewnątrz nie pokazuje tego jak się czuje. Tylko czuje, że to już jest ponad moją wytrzymałość. Na prawdę potrzebuje jakiegoś wsparcia, bo stanie się coś złego. Nie chodzę już na żadne wykłady, a w liceum miałam najwyższą średnią w szkole. Jestem zdolna ale w takich warunkach nie mogę tego wykorzystać. Nie mam na nic siły, tak fizycznie. Wyjście po schodach to dla mnie straszna męczarnia, ciągle tylko zastanawiam się czemu ja mam taką sytuację. Boję się, że skończe jak moja matka. Jestem potwornie zmęczona, wieczorem czuje się jakbym ciężko pracowała fizycznie. Ostatnio mam nawet tak, że dni mi się mylą. Nie wiem czy to jest depresja, bo podchodzę do tego bardzo racjonalnie. Z drugiej strony rano nie umiem sobie racjonalnie wytłumaczyć, ze przydałoby się się wstać na zajęcia, ostatnio wegetuje. później jest tak, że nie robię kompletnie nic przez tydzień, a następny wszystkop jeszcze bardziej mi się zbiera i przytłacza mnie. Po kilku takich tygodniach nierobienia zbiera mi się tego tyle, że mam jeden "dobry" tydzień i odrabiam wszystkie zaległości. Wykańcza mnie to tak, że są następne 3-4 tygodnie letargu.
Bardzo proszę o poradę co mam ze sobą zrobić. Wiem, że jest ze mną źle, ale nie wiem co mam robić...




