Mnie nerwica lękowa dopadła przed laty. Zaczęło się od nocnego ataku lęku.
Obudziłam się (a raczej zerwałam) z potwornym lękiem, ze umieram. Moje serce biło bardzo mocno
i bardzo szybko (puls - ponad 180). Postawiłam na nogi całą rodzinę. Wezwano pogotowie. Przyjechali
i...podali mi relanium. Lekarz powiedział, że to atak nerwicy lękowej.
Diagnozę potwierdzili kolejni specjaliści, których "zaliczałam" szukając przyczyn nastepujących objawów:
- bóle głowy o róznym nasileniu i charakterze, czasem dziwne doznania, że cos w tej głowie jest,
- zaburzenia widzenia,
- szumy w uszach (non stop),
- kłucie w uszach,
- nacisk na nos,
- przerózne problemy z sercem tj. przyspieszone i mocne bicie (ale tylko w nocy, po obudzeniu się),
kołatanie, wrażenie zamierania serca (też bardzo nieciekawe uczucie...),
- wrażenie "kamieni" w brzuchu lub ucisk na klatkę piersiową (nigdy jednoczesnie),
- dretwienia nóg i rąk, aż po brak czucia,
- wrażenie "ściągania" skóry na plecach, tak jakby jej było zbyt mało,
- skoki cisnienia (od 90/60 do 159/100),
- zaburzenia przełykania,
- rwany oddech (normalnie oddychamy niezaleznie od naszej woli, a mnie sie zdarzało przy zsypianiu, ze nagle ten oddech mi sie urywał i musiałam włozyc cały wysiłek woli, by go znowu przywrócic...zdaje sobie sprawe z tego jak to brzmi, ale jesli ktos ma podobne objawy, na pewno zrozumie, co mam na mysli...),
- zdarzały sie dni, że zycie ze mnie uchodziło, dosłownie, nie miałam siły nic zrobic, oczy same mi sie zamykały, ale bałam sie zasnac, bo to było raczej wrazenie, ze odplynę, a nie zasnę.
Uczuciem dominującym był oczywiscie lek przed smiercią, przekonanie o ciezkiej, smiertelnej chorobie
i niepewnosc, czy lekarze czegos nie przeoczyli? Zdaje się, że jest to równiez domena nerwicy.
Meczyłam sie 2 lata, tak bardzo, że zrezygnowałam ze studiów (na 4 roku!!!). Nie byłam w stanie sie
uczyc, poniewaz na wykladach dopadał mnie lek (zbierałam "manatki" i jedyne, czego pragnełam, to znalezc sie w domu, zanim...umrę), poza tym miałam kłopoty z koncentracją i pamiecią (do tej pory byłam jedna z lepszych studentów...)
Zaczęłam szukac pomocy u lekarza rodzinnego (błąd!). Faszerował mnie róznymi lekami, bez efektu.
Uzalezniłam się min. od lorafenu. Na szczęście w porę trafiłam do pewnego profesora. Jeszcze raz porobił mi wszystkie badania (dla mojej pewności - tak to ujął, bo tez zdiagnozowal u mnie nerwicę lekowa), zalecił odstawienie wszystkich świństw (bo podobno to tylko błede koło: z czasem małe dawki nie wystarczają, czujemy sie jeszcze gorzej, zwiekszamy dawke, pomaga na krótko, po czym nastepuje pogłebienie objawów, dawka zostaje kolejny raz zwiekszona itd.itp.),
regularne spacery na swiezym powietrzu (a jesli dopada nas atak, to nawet w nocy, oczywiscie z kims,
chodzi o to, by odwrócic uwage od objawów), sport, pozytywne myslenie oraz terapię u psychologa,
choc zaznaczył, że nawet najlepszy specjalista nie pomoze mi, jesli...nie pomoge sobie sama.
Na koniec dodał, ze walka z nerwica jest długa, ale moze byc efektywna, choc nerwica lubi wracac do człowieka jak bumerang...
Zastosowałam sie do jego rad, korzystałam równiez z seansów bioenergoterapeuty
(choc raczej na zasadzie, ze "tonacy brzytwy sie chwyta, bo niezbyt wierzyłam w niekonwencjonalne metody leczenia). Nerwica ustapiła równie nagle, jak sie pojawiła. Byc moze również dlatego, ze wyszłam za mąż, urodziłam dziecko, czułam sie po prostu spełniona i szczesliwa.
Słowa profesora o bumerangu okazały sie jednak prorocze, bo znowu mnie to dziadostwo dopadło!
I znowu zaczęło sie od nocnego ataku. Chcę w tym miejscu podkreslic, ze u mnie to zawsze dzieje sie po obudzeniu!!! (czy ktos tak ma???) Zrywam sie z potwornym, irracjonalnym lekiem przed śmiercią.
Czuje i słyszę szybkie i mocne bicie serca. Mam wrażenie, ze zaraz zemdleje, "odpłynę" (choc nigdy mi sie nie zdarzyło) Po minucie, czasem kilku (trwaja wiecznośc) robi mi sie zimno, bardzo zimno.
Zaczyna mi drzec całe ciało, "dzwonię" zębami (nie moge tego opanowac), po czym czuje, ze strach mija. Atak sie konczy.
Czasem budzę sie "tylko" ze strachem przed lękiem. Mimo ze nic sie ze mną nie dzieje, tez czuje taki nieokreslony, bardzo nieprzyjemny strach (że zaraz cos sie ze mna stanie itp.)
Znowu boję się, że jestem śmiertelnie chora. Co ciekawe? Jesli sie czyms zajmuję np. biegam, sprzatam dom, jestem na spacerze z rodziną - czuję się dobrze. Również za dnia funkcjonuję normalnie, nie liczac tego, że miewam obnizony nastrój (bo jak nie miec, skoro w głowie wciąz tłuka sie mysli o chorobie, śmierci...) Wszystko zaczyna sie z nadejsciem wieczoru. Boję się spac. Boje się, że znowu bede miała atak i tym razem go nie przezyję.
Czy ktos przechodzi nerwicę tak jak ja???



