Witam. Dzisiaj mam jeden z tych "złych dni". Coraz częściej się zdarzają. Muszę się "wygadać". Nie wiem, od czego zacząć...
Kiedyś byłam ogromną szczęściarą - wszystko mi wychodziło, problemy rozwiązywały się same, niczym się nie przejmowałam. Na każdym kroku poznawałam nowych ludzi, chodziłam na imprezy - wszyscy mnie lubili. Moje życie w moim mniemaniu było usłane różami.
Moja mama jest cudowną kobietą - silną, niezależną, pomocną. Bardzo mnie kocha... Mój tata zmarł prawie 2 lata temu. Dzisiaj o nic nie mam żalu do Niego - niegdyś nawet by mi przez myśl nie przeszło, że kiedykolwiek tak pomyślę. To chyba jednak prawda, że gdy się kogoś straci, pamięta się tylko to, co było dobre...
Z wczesnego dzieciństwa (do 5 roku życia), jak jeszcze mieszkaliśmy z dziadkami, pamiętam naprawdę wiele. Zabawki, dzieci, beztroską radość, moją wspaniałą ś.p. babcię... Pamiętam ciepło, jakim mnie odbarzała... Uświadomiłam sobie jednak, że nie pamiętam mojej mamy - bardzo mi źle z tym. Musiała pracować od rana do wieczora... tatę pamiętam jako osobę z poczuciem humoru, uczącą mnie jakiś śmiesznych wierszyków... To były piękne dni.
Później... podstawówka... prawie nic nie pamiętam z tych 6 lat... chowanie się w łazience, jak tata krzyczał... stanie na mrozie, jak zapomniałam kluczy (taty nie chciałam budzić), podduszanie. Strach, nienawiść, niechęć. Mama widziała, że coś jest nie tak, ale nie chciałam Jej niczym obarczać. Gdy wracałąm do domu, modliłam się, żeby tata nie wracał ze sklepu, albo żeby spał, albo żeby był w pracy... jak spał chodziłam na palcach. Kiedy wstawał - zamykałam się w pokoju.
Moja mama w końcu podjęła decyzję o wyprowadzce od Niego. (zostawiłyśmy Go... może gdybyśmy zostały, wciąż by żył... ale z drugiej strony miałyśmy dość tej gehenny... nie wiem, boję się o tym myśleć) I tak też zrobiłyśmy. Powróciły piękne dni. 3 lata liceum były naprawdę dobrymi chwilami w moim życiu. A może jednak to był okres, gdy stałam się taka, jaka jestem teraz...? Zaczęłam olewać szkołę, kłamałam mamę. Zachowanie ze wzorowego z gimnazjum spadło na naganne za 70% nieobecności... Jednak mi poprostu nie zależało... Wolałam spać do godziny 15, później wstać, ubrać się i czekać na mamę, by powiedzieć Jej, że byłam w szkole... Wiedziałam, że będzie dobrze, że przecież nic mi się stać nie może - skończę szkołę, zdam świetnie maturę, dostanę się na wymarzone studia... Mama mnie wspierała, załatwiała korepetycje, dawała pieniądze na wszystko, czego zapragnęłam...
Byłam strasznie głupia. A może to poprostu pewnego rodzaju bunt? Nie wiem...
Jak wygląda moje życie dzisiaj? Pierwszy rok wymarzonych studiów zawaliłam - nie chciało mi się chodzić... Drugi rok - to samo, z tym że zupełnie inny kierunek... Jeszcze ten pierwszy rok we Wrocławiu miał "ręce i nogi" - poznawałam ludzi, wychodziłam... Drugi - przestałam... Powróciły te złe myśli... Nienawiść - ale tym razem do samej siebie... Teraz - studia do przodu, jednak "JA"... nie ma już ja... Czuję się, jakbym była zawieszona w próżni. Mam dość robienia dobrej miny do złej gry... Moi bliscy - chłopak, mama, lokatorzy, znajomi z uczelni... Nikt nie wie, co tak naprawdę czuję wewnątrz. A tak szczerze to nie czuję nic. Zaczęłam się odchudzać i są rezultaty... Myślałam, że to sprawi mi ogromną radość, że jednak coś może mi wyjść. Ale tak się nie stało. Wciąż nienawidzę siebie, nie tylko swojego ciała, ale przede wszystkim tego, co w środku. Czuję, że znowu się zaczęło. Te złe dni. Wyszło słońce. Nie nawidzę, gdy jest ciepło... Nie ruszam się z domu już 4 dzień... Spię całymi dniami... płaczę... myślę... Nic nie ma sensu. Zawsze pod wiatr. Upadłam i nie mogę się podnieść od kilku lat. Nic nie sprawia mi radości. Mnie poprostu nie ma...
Musiałam to napisać. Nie mam z kim porozmawiać. Dziękuję tym, którzy dobrnęli do końca... Chociaż znając moje szczęście nikt tego nie przeczyta. Nic się nie zmieni. Pozostanę zawieszona w próżni emocjonalnej. Bo jakżeby inaczej...




