Moje problemy prawdopodobnie zaczęły się parę lat temu, kiedy "straciłam" osobę, do której byłam przywiązana najbardziej z wszystkich ludzi. Być może brzmi to dziwnie, bo to nie był nikt z rodziny, ani nawet miłość- to była przyjaciółka- tyle, że ja po prostu miałam tak dziwnie wpojone do głowy wartości a do tego różne (niekoniecznie idealne) układy z rodziną- że uważałam, że właśnie ta jedna osoba rozumie mnie najlepiej, kocha najmocniej (czego nie byłam pewna w stosunku do rodziców, ktorzy choćby zdecydowanie faworyzowali moją siostrę, o zrozumieniu to ja już nie wspomnę) i będzie przy mnie zawsze (tak jakoś byłam nauczona, że mój- wtedy chłopak, teraz już mąż- może mnie zostawić w każdej chwili, bo to "tylko" facet, przyjaźń natomiast jest na całe życie). Nasza przyjaźń była bardzo hermetyczna i bliska, a my sobie bardzo oddane- no uzależnione psychicznie podejrzewam- więc było jak było. No ale przyjaciółka w międzyczasie wyrosła z tej znajomości i się wykręciła, praktycznie bez szans na naprawę, po prostu powiedziała "cześć" i poszła, na pożegnanie rzucając mi listę moich wad. Wielką listę.
Świat mi się zawalił doszczętnie, nie będę przecież opowiadać jak to wygląda, gdy człowiek czuje, że jutra nie będzie- bo pewnie każdy sobie co najmniej wyobrazić umie. Zmieniłam się. Przez rok po tym wydarzeniu byłam w wiecznym dołku. Nie depresji, bo mimo wszystko jestem być może silna, ponadto byłam zawszse optymistką- nie. To był dołek. Umartwiałam się nad sobą, ciągle wracałam do tego tematu myślami i mową. Moją byłą przyjaciółkę "śledziłam" na pewnym forum, na którym regularnie się udzielała (po prostu czytałam jej posty), co było dla mnie jeszcze gorsze, bo ona nie dość, że bardzo szybko zaprzyjaźniła się z nowymi ludźmi, to jeszcze miała zwyczaj wracać do "naszego" tematu żaląc się jakie to miała popaprane życie z poprzednią przyjaciółką i że teraz, nareszcie, ma coś prawdziwego. Bolało. Miałam wtedy koło dwudziestu lat, nasza przyjaźń opiewała na te lata pełne wydarzeń, kiedy dziewczynka powoli zaczyna być kobietą, wszystko przechodziłyśmy razem. Więc podejrzewam, że tym mocniej odczułam stratę.
W każdym razie poza tym celowym dobijaniem się przestałam umieć nawiązywać kontakty z ludźmi. Z osoby towarzyskiej, bywającej w domu tylko na czas snu, stałam się nieśmiałą osobą. Po prostu kiedy przychodziło do rozmowy z obcymi lub znajomymi, w głowie pojawiała się pustka a w sercu panika. Tylko z bliskimi umiałam rozmawiać normalnie, choć szybko wyszło na jaw, że nie jestem już taka jak kiedyś- głównie straciło na tym moje ogromne wcześniej, poczucie humoru.
Ale to jeszcze nic. Otrząsnęłam się z utraty przyjaciółki o tyle, że już przestałam o tym ciągle myśleć, przestałam sobie celowo zadawać ból szukając jej wypowiedzi, w ogóle generalnie zaczęłam po prostu unikać miejsc, gdzie mogłabym ją spotkać- mam na myśli i miejsca typu internet (wspominane wcześniej forum, czy np nasza-klasa), miejsca "realne", ale też pośrednie, np rozmowy wspólnych znajomych- nie chciałam by o niej wspominali. Teraz powiedzmy jest mi już dość obojętna. Nie uciekam od jakichkolwiek wzmianek o niej, ale też ich nie szukam. Nie tęsknię za nią. Jest ok.
Ale ze mną nie jest ok. Nie umiem, kompletnie nie umiem utrzymywać znajomości, szczególnie tych "świeżych". W międzyczasie od kiedy tamta mnie "olała" rozstałam się z WSZYSTKIMI przyjaciółmi jakich miałam. Po prostu się poluzowały więzy lub nastąpiła kłótnia. I cześć. Wszelkie po prostu znajomości- czy nowe i stare- są dla mnie bardzo niepewne i właściwie uważam, że szybko dana osoba zauważy, że ja przecież nie mam w sobie nic ciekawego/dobrego. Nie walczę o znajomości, bo rozumiem, że przecież kto by chciał się dłużej zadawać z takim zerem bezwartościowym (POWAŻNIE tak uważam- gdyby kazać mi teraz powiedzieć jakie mam zalety to miałabym gigantyczny problem z znalezieniem trzech).
Z chłopakiem, z którym byłam jeszcze przed rozstaniem z przyjaciółką, jestem dotąd. Jesteśmy już małżeństwem i trzeba przyznać, że odkąd jej nie ma- układa nam się coraz lepiej i lepiej. Co nie zmienia faktu, że wystarczy jeden gest, gorszy dzień i ja potrafię się tak "wkręcić", że jestem pewna, że on mnie niedługo rzuci. I to jest straszne. Ciągle się boję, że on nagle sobie uświadomi, że jednak nic do mnie nie czuje (a znamy się 19 lat!!) i mnie zostawi- choć wiem, że to nie taki typ, że to nieracjonalne. Co więcej i gorzej- mam straszne schizy, że coś mu się dzieje złego. Potrafię pół nocy ryczeć w poduszkę, przesuwając przed oczami wizje jak zostaję sama. Podobnie mam z rodzicami, jak tylko słyszę dźwięk pogotowia to dzwonię do mamy spytać, czy wszystko ok. Jestem przeraźliwie wprost ostrożna jeśli chodzi o ich bezpieczeństwo. Mąż zmienia pracę, a ja pierwsze co to robię wywiad: czy zdarzają się tam wypadki, czy jego miejsce pracy może mieć jakiś negatywny wpływ na jego zdrowie... Strasznie się zamartwiam, staram się cieszyć chwilą i ciągle sobie mówię, że przecież może kiedyś będzie coś złego i wtedy będę żałowała, że nie jest znów teraz- ale różnie to wychodzi.
Nie pracuję (choruję na żołądek i jelito), ale wiem, że muszę chociaż spróbować pracy na pół etatu. I cholernie się boję. Odkąd skończyłam pracowanie półtora roku temu- prawie nie wychodzę z domu. Jeszcze z mężem czy siostrą- ok, ale jak mam sama iść choćby do sklepu, to dopada mnie kompletny paraliż, mam ochotę usiąść i płakać.
I najgorsze- zaczęło się to stosunkowo niedawno, parę miesięcy? A może trwa dłużej, ale teraz zwróciłam uwagę? Nie wiem. Nie pracuję- mąż pracuje, co oznacza, że zawsze jakąś ilość godzin jestem sama w domu. I to wystarcza. Czuję wtedy w sobie taką pustkę i ... głód. Jem co wpadnie mi w rękę, bardzo trudno jest mi siebie przekonać, że już wystarczy- po prostu jestem do bólu głodna. I jem, jem, jem. Potem czuję się jak śmietnik, chory żoładek boli, a ja... nadal jestem głodna. Staram się, aby w domu nie było zbyt wiele rzeczy niezdrowych, ale przy moim żołądku to właściwie tylko warzywa są zdrowe, a niepodobna, by w domu nie było nic poza tym.
Martwię się czymś- jem. Nudzę się- jem.
Nie wiem czy to ma jakikolwiek związek z przejściami z przyjaciółką, niemniej postanowiłam przytoczyć tę historię, ponieważ i ona jest moim problemem, bo podejrzewam, że przez tą "stratę" zaczęło się sypać. A potem poszło lawinowo.
I teraz tak- czy mogę sobie jakoś z tym sama poradzić? Nie jest to żadna choroba psychiczna, kwalifikująca się pod leczenie (tak sądzę), ale boję się, że z czasem takich dziwnych zachowań i schiz będzie coraz więcej. Mąż chce wysłać mnie do psychologa, ale ja się boję. Bo przecież to nie jest tak jak na filmach, że siadam w gabinecie miłej osoby i się otwieram. Chyba bym sobie nie dała rady. Mam nadzieję, że jestem w stanie sama, w sposób "domowy", krok po kroku, poradzić sobie z tym wszystkim. Pytanie tylko- jak?



