Mój problem sięgał już czasów liceum. Nie radziłem sobie ze stresem, samo okaleczałem się, nie mogłem złapać kontaktu z ludźmi. Do czasu gdy poznałem pewną dziewczynę. Dzięki niej przestałem się samo okaleczać, zacząłem się uczyć, miałem postawiony jakiś cel w życiu, to ona przekonała mnie do tego by naprawdę zastanowić się nad studiami, nauczyła planować swoją przyszłość, można powiedzieć też że nauczyła mnie marzyć czego nigdy przedtem nie robiłem. Po 2 latach rozeszliśmy się, usłyszałem że już mnie nie kocha, że ją ograniczałem. Coś we mnie wtedy pękło, stałem się nie przyjemny dla ludzi, zdarzały się częste płacze, przeplatające się obrazy oraz myśli z przeszłości. Po kilku tygodniach dowiedziałem się że ma innego, na dodatek była to osoba której bardzo nie lubię. Starałem się z tym pogodzić, ale nie do końca mi wyszło. Ciągle o niej myślałem, wszystko mi o niej przypominało. Teraz mam 20 lat( już rok po rozstaniu) studiuję, miałem za sobą już kilka związków, ale żaden mnie nie cieszył, nie czułem się dobrze, szukałem na siłe problemów, nie mogłem zaufać tej 2 osobie, bałem się że zrobi mi krzywdę, czasami nawet bałem się chociażby do tej osoby przytulić. Czuję się tak jak by to wszystko z przeszłości odbijało się na całym moim przyszłym życiu, wystarczy że ktoś o niej wspomni a momentalnie robię się "smutny i zamykam się w sobie", tak opisali to moi znajomi. Czuję niechęć do ludzi, nie chce mi się nigdzie wychodzić ze znajomymi, całe dnie przesiaduję w swoim wynajmowanym mieszkaniu(studia dzienne), normalny dzień gdy nie ma zajęć na studiach wygląda tak że wstaję włączam komputer i siedzę lub leżę bez celu. Od grubo ponad roku mam także problemy ze snem, ciężko mi zasnąć bez leków na sen, a sam sen wygląda tak że budzę się przy każdym najmniejszym dźwięku. Ogólnie rzecz biorąc czuję się wypalony od środka, jak bym nic tam nie miał, nie odczuwam szczęścia. Nie wiem czy to objawy jakiejś tam depresji czy czego, ale prosił bym o pomoc lub wskazówki.