Rok temu szkola zazadala ode mnie opini psychologa (niska frekwencja)...
Udalam sie wiec do przychodni. Dodam, ze z cala pewnsocia nie cierpialam wtedy na zadna depresje...
I tu sprawa jest dla mnie conajmniej dziwna...Pani psycholog rozmawiala ze mna zaledwie godzine. Byl to raczje standardowy wywiad, nie prouszala w ogole tematu moich aktualnych problemow...gdy skonczyla, dala mi swoje notatki i kazala sie z nimi udac do pokoju obok (gdzie znajdowal sie psychiatra, podobno standardowa procedura). Ten po przeczytaniu tego, czyli nieczego i zadaniu dwoch pytan przepisal mi Seronil...
Glupio sie przyznac, ale nawet nie zainteresowala sie tym co to za leki. Sadzilam, ze po jednej wizycie dostalam zapewne jakis ziolowy specyfik...
Jednak zaczynalam sie czuc po ncih coraz gorzej, chodzilam wiecznie otepiala...przeczytalam co to takiego i odlozylam...
Od tego czasu kazdy stres wywolany nieprzyjemnym zdarzeniem lub po prostu "zabieganiem i milionem spraw" konczy sie dla mnie wymiotowaniem. Nie towarzysza temu mdlosci...ot po prostu, zjem cos...a po dwoch minutach jestem juz w lazience...zaczyna byc to naparwde uciazliwe...jak wiadomo kazdy ma dni pelne stresu...sesja, praca...cokolwiek...dla mnie te dni koncza sie kazdorazowo znaczna utrata wagi i wycienczeniem organizmu...
Nie wiem czy to mzoe miec cos wspolnego z tym lekiem, ale przed jego zazywaniem NIGDY wczesniej podobne sytuacje nie mialy miejsca. Nie wiem nawet gdzie powinnam sie udac z tym problemem...



