Witam, chciałabym opisać historię swojego byłego już narzeczonego i prosić o opinie, czy to może być schizofrenia, lub inna choroba...
Poznaliśmy się w 2006 r. w 2008 się zaręczyliśmy, wszystko było ok. W 2007 r. on trafił do szpitala, zdiagnozowano mu gruźlicę i zapalenie opon mózgowych o niezidentyfikowanej etymologi, nie wiem czy ma to znaczenie dla całej tej sprawy, ale może ma. Około rok temu on zaczął kłamać i były to takie "niewinne kłamstwa", np. że nie palił a ja czułam że palił, mówiłam mu wtedy, że przecież może się przyznać, jest dorosły i jak ma ochote to niech sobie pali, ale on że nie, nie wcale nie pali... później zauważyłam u niego że np nie odróżnia dni tygodnia, miesięcy... siedzimy w niedzielne popołudnie, jest wolne a on pyta jak tam dzisiaj w pracy u Ciebie itd, przestał pamiętać takie zwykłe rzeczy własnie, jak to jaki mamy dzień tygodnia, albo że np miał zaplanowaną wizyte u lekarza itd. No i kolejny dziwny objaw dla mnie to było to, że np zapomniał imię swojego przyjaciela z dawnych lat, z którym widzielismy się około miesiąc wczesniej... i wtedy własnie pomyślałam że cos jest nie tak, on doszedł do wniosku, że chyba mam rację, poszedł po skierowanie do neurologa, do którego nigdy sie nie zapisał, bo ciągle zapominał albo nie miał czasu. Przy tym wszystkim zaczął być też agresywny, czasami przy zwyklej rozmowie potrafił się strasznie zdenerwować, rzucać przedmiotami itd, no i nasiliły sie jego kłamstwa...i to takie głupie... np. miał iśc do fotografa, zrobic zdjęcia do dokumentów i twardo twierdził, że tam był, dopoki przyparty do muru nie powiedział, że nie był, bo nie chcialo mu sie i spał cały dzień, a ja byłabym zła, więc dlatego kłamał. No właśnie, przy tym wszystkim był bardzo ospały, potrafił zasnąć zawsze i wszędzie. Oczywiście temu wszystkiemu towarzyszyły kłotnie między nami, o te jego kłamstwa, o to że śpi i jest (moim zdaniem) leniwy itd. W koncu postanowilismy się rozstać, jego argumentem za rozstaniem było to, że ja za dużo wymagam, że mówie mu co ma robić i dyktuję wszystko. Rozstaliśmy się, on znalazł sobie "pocieszycielkę", ale po miesiącu wróciliśmy do naszych spotkań, z tym że spotykalismy sie jako "przyjaciele", on caly czas mówił że nie jest gotów do mnie wrócić, że musimy pożyć jako "przyjaciele", zmienić się i wtedy podejmiemy decyzje czy chcemy i mozemy byc razem. No i tak było, przez 2 miesiące nasze spotkania polegały na rozmowach, jacy chcielibyśmy być dla siebie itd. W koncu po 2 miesiącach przyznał się, że przez cały ten czas kazał mi czekać "aż bedziemy gotowi do siebie wrócić" bo był z tą drugą dziewczyna, ona go szantażowała, bo wiedziała o mnie. I jego argument: nie mógłbym być z dwiema kobietami na raz, dlatego z toba chcialem byc tylko przyjaciólmi, dopoki nie zakoncze tamtego.. OK, uwierzyłam, wybaczyłam, wrócilismy do siebie i było ok. Widziałam w nim same pozytywne zmiany, sama też starałam się być lepsza niż wcześniej. No i było ok, snuliśmy plany o ślubie, który z powodu rozstania przełożyliśmy na jakiś nieokreslony termin, wakacjach i ogólnie bliższej i dalszej przyszłosci.. aż pewnego dnia dowiedziałam się że dziewczyna z która był podczas naszego rozstania, wróciła do niego po kilku dniach od naszego powrotu do siebie... Przez ostatni okres, on trwał w dwóch związkach…
Dodam jeszcze że on zawsze miał straszne kompleksy, że jest bardzo chudy. Myślę też, że nie bez znaczenia w tej całej sprawie jest fakt, że pochodzi on „ze wschodu”, rozmawiając z nim da się wyczuć że nie jest polakiem, wiele razy żalił mi się że ludzie go nie akceptują, śmieją się z niego w pracy itd. Czasem jak mi to mówił, miałam obawy żeby nie wpadł w jakąś depresje, bo małe sprawy bardzo wyolbrzymiał.
Po całej tej sprawie ze zdradą, zaczełam się zastanawiać, czy to właśnie nie jest jakaś choroba, ostatnio się spotkaliśmy… powiedział: „nie wiem dlaczego to wszystko robiłem, nie widziałem wyjścia z tej sytuacji,ale na prawde nie wiem, zapytaj jakiegoś psychologa, bo ja nie potrafie odpowiedzieć na to pytanie”
Czy myślicie, że to może być jakaś choroba?




