ile razy mozna pokonac depresje?
ile razy mozna z nia wygrac?
jak wiele mozna przez nia stracic by wciaz uwazac ze jest sens zaczynac od nowa?
ciekawe, ile osob bedacych w sytuacji takiej jak moja siedzialo i zastanawialo sie, tak jak teraz ja, nad sensem dalszego zycia.
jaka czesc z tych ludzi prowadzi teraz w miare normalne zycie..
ilu wciaz toczy walke..
a ilu odeszlo .. ??
czy ktos z nich jest naprawde szczesliwy i wolny od choroby???
moje pytanie nie brzmi czy jest sens walczyc. ja pytam po co walczyc i o co
depresja zaczela sie u mnie bardzo dawno temu. ta pierwsza.
przez lata moj stan sie tak powoli pogarszal, ze moj umysl nie byl w stanie wylapac tej zmiany. akurat wkraczalam w doroslosc, wiec myslalam ze to jest powodem, ze takie jest dorosle zycie
to wszystko trwalo ponad 3 lata az w koncu zrobilo sie na tyle zle, ze zazelam sie zastanawiac. ciezko bylo uwierzyc w taka "doroslosc" ale nikt nic nie widzial,mowili mi ze to normalne, ze czasem tak jest.
zupelnie przypadkiem akurat wtedy zainteresowalam sie grupami dyskusyjnymi: psychologia i medycyna- te kierunki od zawsze mnie interesowaly.
wtedy internet nie byl popularny, a na uczeli publicznie dostepne byly zwykle terminale. tam mozna bylo wysylac maile i wchodzic na grupy dyskusyjne. nic ponad to.
zaczlam pisac do grup o tym co czuje i mysle, o tym co sie dzieje a wiekszosc porad jakie otrzymywalam byla na zasadzie "wez sie w garsc"
tyle ze ja nie dawalam rady wziasc sie w garsc.
az w koncu napisal ktos o kogo uslyszalam po raz pierwszy o tym ze to jest depresja i ze powinnam isc do psychologa.
zaczelismy rozmawiac i wkrotce udalo mu sie mnie do tego namowic
byly leki, byla terapia, a wspieral mnie w tym wszystkim moj przyjaciel z internetu
w domu mama, "slape" i "glucha" slyszac o depresji twierdzila ze wymyslam to sobie. nie bylo sensu wdawac sie w rozmowy na ktore nie mialam sily. moj chlopak.. jedyne co robil to MOWIL ze chce pomoc. i na mowieniu sie konczylo
mialam jedna osobe- dawnego kolege ze szkoly ktory mnie wspieral i pomagal.
poprawa nastapila po pol roku i zaraz potem szybko wydostalam sie z choroby. z nowym nastawieniem do zycia, planami i celami, ktorych wczesniej nie realizowalam, bo czulam sie na to za glupia.
szczescie nie trwalo dlugo, dostalam sie na wymrzony kierunek a po miesiacu BUM. prosto w srodek ciezkiej depresji.
z pewnych powodow zmienilam lekarza i wraz z nim zaczelam walczyc o powrot do zycia.
tak wiele w tym zyciu zostawilam tak wiele mialam jeszcze do zrobienia.
depresja jednak sie nasilala, leki ktore bralam kolejno w roznych dawkach i w roznych polaczeniach nic nie dawaly. bylo coraz gorzej az spadlam do miejsca pod ktorym byla juz tylko smierc.
w tym stanie trwalam kilka miesiecy, walczyli o mnie moja mama wraz z lekarzem a ja mialam coraz bardziej dosc. nie mialam zadnej nadziei ze to sie skonczy. lekow wyprobowalam od groma, zadne nie dzialaly. to tylko utwierdzalo mnie w przekonaniu, ze to juz koniec.
bol byl tak silny ze kilkakrotnie probowalam sie zabic.
przezylam cudem, tylko dzieki wsparciu mamy i nieustannej pomocy mojego lekarza.
dostlam kolejne leki i cos sie zaczelo dziac. zrobilo sie znosnie. pozniej stopniowo po malym kroku wychodzilam juz w strone swiatla. czasem cofalam sie o kilka krokow, czasem robilam jeden duzy do przodu.. to trwalo w sumie kolo 2 lat.
wyszlam z depresji, niesamowite uczucie wolnosci a zarazem strachu ze znowu sie cofne.
wtedy ozbaczylam swoje zycie z ktorego nic nie zostalo. nie bylo juz bolu ale nie bylo jeszcze innych uczuc...
zostala pustka ale nie taka bolesna w depresji, ona po prostu byla. to byla pozna wiosna, prawie lato. idealna pora na zycie. na nowe zycie ktore zaczelam po raz kolejny ukladac od nowa
pustke powoli wypelnily uczucia i plany na przyszlosc.
czulam sie niesamowicie silna, i mimo to ze musialam zaczynac poraz kolejny od nowa bylam bardzo szczesliwa.
pokonalam piekło, wygralam walke z najwiekzym koszmarem zycia.
to dawalo wiare i nadzieje ze dam sobie rade w przyszlosci
tak bylo tylko do wrzesnia (2002)r, bo w listopadzie zaczelam czuc sie zle, jak se okazalo byla to depresja sezonowa. jej objawy ustapily pod koniec zimy
niestety przez zle samopoczucie zawalilam swoje plany, wiec nie zostalo mi nic innego jak zaczac raz jeszcze od nowa.
w roku 2003 znow zaczelm swoje wymarzone studia, ale po tylu porazkach nie bylam juz pewna czy mi sie uda. pazziernik 2003 - znowu nadeszla depresja sezonowa i znow wszystko zawalilam. w czerwcu 2004 roku postanowilam wybrac cos mniej obciazajacego, tym bardziej ze moj wymarzone studia kosztowaly majatek i nie bylo pieniedzy na kolejny rok.
to bylo trudne, probwalam odnalezc swoje miesce w zyciu na innym kierunku a do tego znow nadeszla zimowa depresja.
pokrzyzowala moje plany wiec postanowilam zrobic cos innego niz studia, ale i to nie wyszlo. nie przez zimowa depresje, chociaz ona pojawia sie systematycznie co roku.
kolejny rok i kolejne plany. tym razem staralam sie zabezpieczyc ze jak nie wyjdzie szkola, to bedzie praca jak nie praca, to kurs i kilka innych rzeczy.
nie bylam juz szczesliwa, nie bylo mi tez zle. bylo tak nijako. szkola nie wypalila wogole, praca byla nawet niezla ale nadeszla jesien i prace stracilam.
lapalam sie pozniej czego tylko sie dalo, ale albo nic z tego nie wychodzilo, albo tracilam to zaraz po tym jak sie przyzyczajalam, albo z innych powodow.
bylo mi ciezko i mialam dosc. pomyslalam ze rok wolnego (na co moglam sobie pozwolic) pozwoli mi odpoczac i zastanowic sie co dalej. nadeszla zimowa depresja, ktora trwala bardzo dlugo pewnie przez tegoroczna pogode. i od jakiegos czasu czuje ze znow spadam
znow sie zaczelo, juz jest zle. nie mam apetytu, nie mam na nic sily. nic mi sie nie chce, nic mnie nie cieszy. przestalo mnie cokolwiek interesowac, z domu nie wychodze od 2 miesiecy prawie wogole. przez te 2 miesiace opuscilam dom 3 razy, tylko po to by zrobic zakupy i natychmiast wrocic do domu bo to dla mnie zbyt wyczerpujace.
mam ogomne problemy z podejmowaniem decyzji, w miejsce dawnej jasnosci umyslu pojawil sie szalony natlok mysli co sprawia ze niemal nie jestem w stanie sie skoncentrowac. to wymaga ode mnie ogramnego wysilku. patrzac na innych ludzi chocby przez okno ogarnia mnie uczucie zazdrosci. zazdrosci o ich zycie o ich swiat, o swiat w ktorym jeszcze nedawno bylam
robie sie coraz bardziej obojetna, czuje pustke i bol
i zrezygnowanie.
wiem ze spadam na dno, ze bedzie coraz gorzej tylko ja juz nie wiem czy ja chce walczyc
wtedy to wiedzialam, bylo zle ale w glebi duszy pragnelam wrocic do zycia. teraz nic mnie juz tu nie trzyma. nie widze sensu w tym by dalej walczyc z depresja (tak dalej, bowiem walcze z nia z przerwami od wielu dlugich lat)
bo o co mam walczyc? o zycie w ktorym nie mam nic? w ktorym nie mialam nic zanim wpadlam w depresje po raz kolejny
znow ja pokonam ale na jak dlugo? do czasu nastepnej zimowej depresji?
ja nie mam sily w kolko zaczynac od nowa. za kazdym razem kiedy cos udalo mi sie osiagnac, lub bylam na drodze do tego celu tracilam go. to boli.
wiecej, to nie tylko utrata cholernie boli, bo te cele, plany ktorych nie udalo mi sie zrealzowac, te ktore byly czyms dobrym w moim zyciu, z czegos dobrego staly sie zrodlem smutku, bolu i rozczaowan.
nie wiem co dalej. nie chce umierac, ale nie chce dalej zyc tak jak przez ostatnie 10 lat
nie chce zimowych depresji i niezrealizowanych planow
nie chce zyskiwac czegos tylko po to by to za moment stracic
ja juz nic nie chce. ja mam dosc
dlaczego w moim zyciu caly czas tak jest?
jak w blednym kole.
ja nie widze wyjscia z tej sytuacji. co nie zrobie to bedzie zle.
chcialam tylko normalnie zyc, nic wiecej.
:cry:
:cry: :cry: :cry: :cry: :cry: :cry: :cry: :cry: :cry:




